Teatr Bagatela Bilety Repertuar Spektakle Adresy, telefony Dyrekcja Aktorzy Historia
Teatr Bagatela Historia

 

 

William Shakespeare

Othello
And when I love thee not, chaos is back again.

Tłumaczenie: Stanisław Barańczak
Reżyseria i scenografia: Maciej Sobociński

Muzyka: Bolesław Rawski
Choreografia: Kamila Jankowska i Witold Jurewicz

obsada:
Othello -Marcel Wiercichowski
Desdemona - Urszula Grabowska
Iago - Marcin Sianko (gościnnie)
Emilia - Magdalena Walach / Kamila Klimczak
Cassio - Michał Kościuk
Bianka - Anna Rokita / Ewelina Starejki
Doża Wenecki - Piotr Różański
Montano - Dariusz Starczewski
Rodrigo - Juliusz Krzysztof Warunek
Brabantio - Sławomir Sośnierz
Lodovico - Wojciech Leonowicz
Gratiano - Adam Szarek

Inspicjent / sufler: Monika Handzlik
Asystent reżysera: Wojciech Leonowicz

Fundamentalnym pytaniem, jakie zostało postawione przy realizacji Othella jest pytanie o tolerancję i jej granice. O to, czy idealna mityczna miłość ma szanse. Okazuje się bowiem, że we współczesnym, teoretycznie tolerancyjnym, świecie stosunek do Innego i jego Inności jest problemem.

Szekspirowski dramat skondensowany przez reżysera, Macieja Sobocińskiego, jak laboratoryjne studium różnych postaw ludzkich, śledzi genezę zła i próbuje poznać granicę dobra, pokazać kolory miłości. Dzisiejszy Othello mówi o demonach, które budzą się nawet w najszlachetniejszych umysłach.


Dalej na tej stronie:

Zdjęcia:


 

Maciej Sobociński
Reżyser

Wbrew oczywistości, z jaką Othella wymienia się tuż obok Hamleta, Makbeta, czy Romea i Juli, po ten szekspirowski dramat reżyserzy sięgają rzadko. Być może obawiając się, że historia o miłości, zazdrości i zdradzie jest za prosta i banalna, by zajmować się nią w dzisiejszych czasach.
Ale rzeczywista przejrzystość Othella wydaje się jednak jego niezaprzeczalna zaletą. O tym, jak go można rozumieć i czytać w XXI wieku, mówi Maciej Sobociński - reżyser przedstawienia.

Othello nie zawraca

- W tej historii poza zdradą jest wiele kolorów, odcieni, kondycji miłości. Ten dramat to nie tylko opowieść o Desdemonie i Othellu, ale również o opozycji, w jakiej ta dwójka stoi wobec reszty świata, w naszym przedstawieniu skomponowanego nie jako struktura wojskowa, lecz jako rodzaj zamkniętej kasty politycznej, grupy trzymającej władzę.
Miłość Desdemony i Othella jest w uczuciem nienasyconym, niezaspokojonym wiecznie pragnieniem, w swojej czystości stojącym w odwrocie w stosunku do świata. To co im się przydarza jest wyjątkowe. Miłość z drugiej strony jednak od początku tragiczna, zbudowana na wątłych podstawach; intensywnej namiętności, instynkcie i cielesności, bazująca na czystych emocjach. Jest wielka i porażająca w swej sile, ale nie ma w niej elementów, które mogą zagwarantować przetrwanie. Taki obraz miłości jest szalenie aktualny, bo w ogromnej mierze dzisiejsze związki wyglądają bardzo podobnie i stąd ich kruchość, rozpad, ulotność.
Poza tym, bardzo mi zależy, by w tym Othellu upatrywać inność Maura w jego jasnym, przejrzystym, mocnym kręgosłupie moralnym, otwartej i przejrzystej konstrukcji wewnętrznej. Być może na tym polega współczesna othellowska odmienność.
Odrzucając opartą na kolorze skóry szekspirowską egzotykę Othella chcę pokazać, że ta jego moc inności leży w jego bezkompromisowym, czystym charakterze. A tej postawy nie umieją zaakceptować pozostali utopieni w relatywizmie.
Brak tolerancji w stosunku do Othella nie wynika z tego, że on jest Maurem, tylko z tego, że nie jest taki sam jak otaczający go ludzie, "nie wpisuje się w nich". Poszedłbym dalej mówiąc, że fizyczna egzotyczność Maura jest właściwie jego zaletą. To ona w pierwszym odruchu rodzi nim zainteresowanie i pozorną dla niego życzliwość.
A więc nie przez kolor skóry świat nie jest w stanie go zaakceptować. Świat wypluwa go, bo Othello jest człowiekiem, który nie zawraca. To konsekwentne postępowanie wyróżnia go i definiuje tak silnie, że doprowadza do tragedii. W momencie, kiedy dokonał wyboru, już go nigdy nie zmienia. W Maurze nie ma za grosz relatywizmu.

Bezwarunkowa Desdemona

Desdemona - córka weneckiego patrycjusza jest z kasty. Wychowała się i dorastała w określonych warunkach. Nie jest prowincjonalną, naiwną gąską tylko pełnowartościową, świadomą swojej urody kobietą. Obdarzona silnym, prawie równie zdecydowanym i jednoznacznym charakterem jak Othello, jest jednak bardziej podatna na zewnętrzne wpływy. Trudniej jej - co wydaje się po ludzku naturalne - zapomnieć, skąd pochodzi.
Niemniej jej miłość dla Othella jest bezwarunkowa. Oddaje jej się cała, a to totalne oddanie skazuje ją na klęskę. Przekraczanie przez Desdemonę granic w oddaniu i zapamiętanie się w uczuciu, staje się budulcem wątpliwości Othella. Oszałamiająca intensywność jej uczucia zaskakuje go - budzi potencjalne zagrożenie, irracjonalny lęk, umiejętnie potem ukierunkowany przez Jago. Intensywne dni na Cyprze - w oderwaniu, zawieszeniu na metafizycznej wyspie stają się dla niej spiralą kaźni. Niedokonana zdrada - śmierć za wyobrażony potencjał nieczystości Kobiety.

Jago - reżyser dzieła

- Ale prawdopodobnie do tragedii między dwojgiem zakochanych by nigdy nie doszło, gdyby nie Jago - reżyser dzieła. Autor w dziele. Oczywistością w traktowaniu jego postaci jest stwierdzenie, że Jago to samo zło. Ja wyszedłem z założenia, że on chce dobrze. Że - kiedy widzowi przyjdzie go uczciwie osądzać - okaże się, że on nic złego nie zrobił. Nie budujemy go jako chłodnego kalkulatora, który tylko i wyłącznie przelicza i planuje. On raczej nacina i sprawdza, ile się da znowu i jeszcze naciąć. Jak głęboka jest rana i kiedy zacznie płynąć krew. Pyta Boga - gdzie jest kres? Zaskoczony łatwością przekroczeń, kruchością Człowieka i jego Wolnej Woli pcha świat w nieodwracalny Chaos.
Jagonowska siła sprawcza polega na uruchomieniu demonów, które w nim drzemały. Demonami z siebie zaraża wszystkich w około, uruchamia to, co w człowieku skryte, przyczajone, nieujawnione w pierwszym spojrzeniu. To staje się jego obsesją - sprawdzić do końca. Kiedy przelał swoje obsesje na Othella, zobaczył jak fantastycznie zaczyna funkcjonować zniszczenie. Granice zła się przesuwają i zaczynają być płynne, a nikt tego nie zauważa. Idzie dalej, brnąc w swym eksperymencie w rejony, o których na początku nawet mu się nie śniło.

Sacrum - Profanum

- Być może także nie byłoby żadnego dramatu, gdyby nie pomieszani bogowie. Chrześcijanin Otello jeszcze niedawno wyznawał Islam. Jego wiara jest składową tych religii. Jako osoba konsekwentna i podejmująca ostateczne decyzje, w "nowego" Boga wierzy silnie i szczerze. No ale trudno uwierzyć, że o "starym" do końca zapomniał. I nie zapomina. W efekcie wraca do korzeni. Destrukcja, która w nim następuje dopomina się pierwocin, z których wyszedł. Ani bowiem sam człowiek, ani otoczenie nie może zmienić człowieka w jego podstawowej konstrukcji.
Wplątanie w inną rzeczywistość nie spowoduje, że Maur stanie się Wenecjaninem, Europejczykiem. To dotyczy również pierwotnej sfery sacrum, którą zmianą religii i impulsywnym do niej powrotem, profanuje.

Zdrada

- W dzisiejszym rozemocjonowanym świecie temat zdrady wydaje się wart zbadania i przeanalizowania. Mam takie wrażenie, że zdradza się z o wiele bardziej błahych powodów niż w cokolwiek haftowana chusteczka.
Pochylamy się nad pytaniem, czy człowiek umie się po takiej katastrofie, jaką jest domniemana czy rzeczywista zdrada, pozbierać. Bo Othello - pomimo silnej wewnętrznej konstrukcji - nie potrafi. Jemu rozsypał się świat i chaos powraca. Jego rozumowanie brzmi w ten sposób: jeżeli mnie zdradziłaś, świat powtórnie osunie się w pierwotny chaos. Harmonia, którą w sobie zbudował i pielęgnował Othello, legła w gruzach. Świat osunął się w katatonię.
Taką walkę o wewnętrzną harmonię dużo wcześniej przegrał Jago. I on o tym wie. Z tej samowiedzy wynika jego rozgoryczenie, sceptycyzm, destrukcyjne rozczarowanie boskim tworem, jakim jest Człowiek i jego wyborami. I to jest jego dramat.

Tolerancja

- Pierwsze pytanie jakie zadałem aktorom brzmiało: czego wokół siebie nie tolerujecie?
Jakie są granice tolerancji? Dokąd można się posunąć uważając się za człowieka tolerancyjnego?
Traktując dramat Szekspira jako studium zachowań typów ludzkich, chcę spróbować odpowiedzieć na te pytania. Śledząc genezę zła badam możliwości dobra. Sprawdzamy formy objawiania się miłości, nienawiści, pożądania - skrajnych międzyludzkich zderzeń - przestrzeni "pomiędzy".

Konstrukcja

- Desdemona jest osią tego przedstawienia. Skupiam się na relacji, jaka panuje pomiędzy nią a Othellem i przez ich związek śledzę bieg pozostałych wydarzeń.
Całą tragiczną historię Maura weneckiego, nie dziejącą się w jakimś określonym czasie, widz ogląda z perspektywy sceny morderstwa. Retrospektywy i flesze pomagają unaocznić genezę dramatycznej historii. Strzępy zdarzeń, które nabierają nieokiełznanego tempa. Chaos.
Idąc za Szekspirem role powierzyłem aktorom w wieku, który on sam określił. Rzeczywista młodość uwierzytelnia i legitymizuje przedstawione zachowania.


Wywiad z Urszulą Grabowską
zamieszczony w marcowym numerze miesięcznika "KARNET":


fot. Piotr Kubic

Czy aktorka, Urszula Grabowska, posiada którąś z cech szekspirowskiej Desdemony?

To, co posiadam, to zdolność wyobrażenia i zrozumienia postaci, którą gram. A skoro zaufał mi w tym względzie reżyser przedstawienia - Maciej Sobociński, powierzając mi rolę Desdemony, to znaczy też, że dostrzegł we mnie należyty potencjał do tego, abym mogła tę rolę grać. A Desdemona jest: kobieca, zmysłowa, posiada coś, co powoduje, że mężczyźni do niej lgną, jest świadoma wrażenia, jakie wywołuje na mężczyznach, a przy tym w intencjach i w myśleniu nieskażona i czysta, uwodzi nie uwodząc, nie potrafi kalkulować, jest bezpośrednia, spontaniczna, organiczna, biologiczna...i można by mnożyć tak, ale z mojego punktu widzenia ważniejsze i ciekawsze jest to, jakich uczuć i emocji doświadcza, kiedy uruchamia się pomiędzy nią, a Othellem samonapędzająca się spirala nieporozumienia.

Jaką Desdemonę zobaczymy w marcu na deskach Bagateli? W ciężkim kostiumie z epoki czy może we współczesnym ubiorze?

Ubiór tak naprawdę nie ma tu znaczenia. Nie przenosimy się w czasy elżbietańskie, ani też nie zmierzamy do nachalnego uwspółcześnienia. Nasze wysiłki, jak i całe przedstawienie, koncentrują się na problemie, na zderzeniu kondycji, dlatego też ubiór pełni role absolutnie służebne i pozostaje znakiem zaledwie, ale jest przemyślany bardzo konsekwentnie, a kostiumy bardzo dobrej jakości i bardzo piękne...

Desdemona daje Othellowi miłość idealną, bezinteresowną. Próbuje uświadomić mężowi, że nie jest "czarny", dopóki sam tak o sobie nie pomyśli. Często, jeśli nie akceptujemy czegoś w sobie, na siłę szukamy wroga. I wszystko zaczyna się wtedy sypać. Zamiast naprawiać, niszczymy. Jak pani myśli, skąd w ludziach tyle sprzeczności?

Skąd w ludziach tyle sprzeczności? Nie wiem! Zarówno psychologia, filozofia, religia jak i sztuka próbuje na to pytanie odpowiedzieć, ale od lat każdy na nowo to pytanie podejmuje, a temat się nie wyczerpuje. Gdybyśmy potrafili czerpać i wyciągać wnioski z wiedzy i doświadczeń innych ludzi, bylibyśmy mądrzejsi i pewnie szczęśliwsi, ale niestety taką mamy konstrukcję, że o wszystkim musimy przekonać się na własnej skórze... Widać nauka to jedno, a doświadczenie to drugie... W "Othellu" również prawda przed głównymi postaciami odsłania się tylko częściowo. Rysuje się rozpiętość między świadomością i słabością. Nieuchronność i niemożność odrzucenia podszeptu, pohamowania instynktu, poskromienia rozumu, opanowania woli...Problem zawsze rodzi się tam, gdzie wkrada się relatywizm moralny. A relatywizm niesie świat...a to nasuwa pytanie, czy w dzisiejszym świecie ma szansę obronić się miłość idealna...

Który z aspektów premierowego "Othella" wyróżniła by Pani chcąc polecić go widzom?

Myślę, że bardzo dojmująca jest tematyka tego dramatu, jak i zawarta w nim kondensacja emocji i akcji. Dla mnie najważniejsze jest to, że w centrum uwagi cały czas stoi człowiek i jego kondycja. A tak naprawdę ta irracjonalna zdolność człowieka do zniszczenia i samozniszczenia. My próbujemy badać wszystko to, co jest nieprzewidywalne, momentami balansujemy na granicy rzeczywistego i nierzeczywistego, w czym bardzo pomaga nam obsesyjność struktury - uważam - świetnie napisanej adaptacji. Co mogę powiedzieć więcej? Przyjdźcie Państwo, zobaczcie sami.


Dynamiczny spektakl wierny Szekspirowi

"Othello" w reż. Macieja Sobocińskiego w Teatrze Bagatela w Krakowie. Pisze Janusz R. Kowalczyk w Rzeczpospolitej.

"Othella" w reżyserii Macieja Sobocińskiego ogląda się w Krakowie z niesłabnącym zainteresowaniem. Duża w tym także zasługa młodego zespołu Teatru Bagatela.
Maciej Sobociński umieścił akcję szekspirowskiej tragedii w czasach bliskich współczesności. Rzecz rozegrał na niewielkiej przestrzeni -aktorzy są blisko, nieomal na wyciągnięcie ręki widza. Stwarza to wrażenie, jakby publiczność mogła bezpośrednio uczestniczyć w wydarzeniach.
"Othello" w krakowskiej Bagateli jest przede wszystkim opowieścią o uprzedzeniach i braku tolerancji wobec wszelkiej odmienności. Szekspirowski bohater podkreśla ją głównie egzotycznym tatuażem. Kiedy Othello (Marcel Wiercichowski) zrzuca z siebie europejski przyodziewek, dostrzegamy fiolet wężowo wijących się na jego stopach wzorów. Resztę - na ramionach, torsie i plecach - odsłaniać będzie w miarę rozwoju akcji.
Doskonały dowódca ujawnia w ten sposób rodzaj osobliwej dzikości wiążącej go z rytuałami praprzodków. Ciekawy zabieg artystyczny, który nie przypisuje Othella dookreślonej rasy ani nacji, natomiast dobitnie określa jego niedopasowanie do wyobrażeń panujących na weneckich salonach.
Interesująco wypadły momenty, które ściślej lokalizują miejsce akcji. Jej większa część rozgrywa się na Cyprze, stąd niektóre partie tekstu rozbrzmiewają po grecku. A kiedy pojawią się goście z Wenecji - po włosku. Nadaje to scenom wspaniałego kolorytu i lekkości. Inscenizator dokładnie wyważył proporcje. Zda się, że nie ma tu zbędnego słowa ani pustej minuty.
Są natomiast fascynujące role. Obok mrocznego, pewnego swej siły Othella Wiercichowskiego, w roli Desdemony wystąpiła delikatna jak marzenie, choć świadoma swych kobiecych atutów, Urszula Grabowska. Stworzyli oboje wiarygodną parę, zarówno w chwilach małżeńskiego szczęścia, jak i w gorszących scenach niecnie sprowokowanej, nieuzasadnionej zazdrości Othella.
Fantastycznym Jagonem jest Marcin Sianko, hamujący gniew i porywczość, żeby z zawiści przechytrzyć o wiele wartościowszego od siebie zwierzchnika i doprowadzić go do zguby.
To niewątpliwie najlepsza rola przedstawienia, w której nawet role epizodyczne miały charakter odrębnych etiud, ale każda z nich dobrze została wkomponowana w całość. Taka jest Emilia Magdaleny Walach, Bianka Anny Rokity, tacy- Rodrigo Juliusza Krzysztofa Warunka, Montano Dariusza Starczewskiego, Brabantio Sławomira Sośnierza, Doża Piotra Różańskiego. Trzeba by przepisać cały afisz.
Mimo rezygnacji z niektórych scen, adaptacja Sobocińskiego wiernie oddaje ducha szekspirowskiego tekstu. I co szczególnie godne podkreślenia na tle dzisiejszych teatralnych obyczajów, nie ma tu żadnych nieuzasadnionych udziwnień, eksponowania gwałtu czy przemocy. Przeciwnie - sceny zadawania śmierci przebiegają szybko, jakby przypadkowo, co tym bardziej każe się zastanowić nad zadziwiającym działaniem ślepego przypadku. Nie dajmy się sprowokować chytrze szerzącym nienawiść współczesnym Jagonom.

"Dynamiczny spektakl wierny Szekspirowi"
Janusz R. Kowalczyk w
Rzeczpospolita nr 83
07-04-2007

Ciemne paprocie

"Othello" w reż. Macieja Sobocińskiego w Teatrze Bagatela w Krakowie. Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim.

"Nocami dno Wenecji pokrywają falujące szyfry. Na czarnym blacie laguny, na wężowej tafli Canale Grande, na chudych grzbietach wodnych ulic - blask hieroglifów. Igielne odbicia gwiazd, żółte ślady lamp bezsennych pałaców, srebrne szwy księżyca. Jak to czytać? Którym zmysłem oswoić? Którędy iść, by dobrze przejść labirynt dna?
W "Otellu" Szekspira Maur wenecki dławi oddech Desdemony i duka zabobon godny wsiowego głupka. "To pewnie wina księżyca; zanadto/ Przybliżył się do ziemi, a to wpędza/ Ludzi w szaleństwo". W seansie Macieja Sobocińskiego, chwilę po dukaniu gasną reflektory. Ostatni raz. W teatr noc się wsuwa i pozwala błysnąć rysowanym na scenie labiryntom. Linie urwanych ścieżek, alchemiczne cyfry, strzałki wiodące w ciemność. Ostatni raz na dnie opowieści Sobocińskiego świecą srebrne szyfry. Jak to czytać? Którym zmysłem oswoić?
Już za późno na pytania. Desdemona kostnieje. Za późno na odpowiedzi. Otello obraca ostrze w swej piersi. Więc nie będzie żadnych pocieszeń, nauk, żadnej instrukcji obsługi życia we współczesnym świecie? Reżyser nie obdarował nas perłą moralną, co pozwala nam szanować inność - choćby Murzyna - oraz kiełznać demona zazdrości, który zawsze wiedzie ku zbrodni? Nie.
Taki lukier Sobociński zostawia pensjonarkom. Niechaj wieczorami siedzą nad "Otellem" i niech im się zdaje, że z każdym słowem stają się duchowo lepsze. U Sobocińskiego jest za późno na wszelkie pytania i odpowiedzi, za późno na ocalenie, za późno na naprawę zwichniętych stawów świata. Żadnych papierowych pocieszeń. U Sobocińskiego od początku jest za późno. Jego "Otello" zaczyna się tak, jak się kończy - przedśmiertnym szeptem Maura nad snem Desdemony, snem przez chwilę jeszcze z tego świata. Seans Sobocińskiego jest seansem kolistym. Koniec to początek cyklu następnego. Początek - to finał cyklu poprzedniego.
Kolisty czas. Trzy godziny scenicznego rytuału. Seans odbić. Po prawej, na ścianie białej komnaty, która jest szczytem sztuczności - monstrualne zwierciadło. Jak wody Wenecji, w której "Otello" ma początek, albo jak morze wokół Cypru, gdzie wszystko się kończy, by znów się zacząć - lustro Sobocińskiego przedrzeźnia scenę i srebrne szyfry na dnie teatru. Z tej opowieści nie ma wyjścia. Lustro powtarza gesty, twarze, oczy, odbija głosy, kalkuje miłość, małpuje śmierć i człowiecze sekrety, podwaja nieuchronność tego, co ma się stać. Powtarza, odbija, kalkuje, małpuje, podwaja tak, jak ludzie powtarzają tu samych siebie z wczoraj. Lustro wzmaga iluzję.
W zwierciadle i w twarzy bliźniego przeglądną się wszyscy. Zgięty służalczą miłością Rodrigo (Juliusz Krzysztof Warunek) i jego biały pies, co umie stać na tylnych łapach. "Byk" Cassio (Michał Kościuk), który będzie pionkiem w palcach Jago. Doża Wenecki (Piotr Różański) - kostyczny starzec o twarzy sekretnej niczym skorupa żółwia. Histeryczny Brabantio (Sławomir Sośnierz), ojciec Desdemony. Jeszcze inni. Wreszcie tych troje, którzy są goryczą "Otella".
Jago Marcina Sianki. Reżyser całej wenecko-cypryjskiej potworności. Wesz o dziwnych, jakby wciąż sennie opadniętych powiekach. Cierpki ironista, zmęczony swą przenikliwością. Desdemona Urszuli Grabowskiej. Chodząca czystość, ale też - i w tym znakomitość Grabowskiej - wiecznie umykająca dwuznaczność czystości. W końcu ten, którego zgniecie bezlitosna psychodrama sennej wszy. Otello grany przez Marcela Wiercichowskiego.
Jeśli seans Sobocińskiego jest tak gęstym wcieleniem szekspirowskiej opowieści, tak mocnym gestem wiary w teatralne, a nie społeczno-publicystyczne moce Szekspira - to głównie za przyczyną roli Wiercichowskiego. Każdy ze scenicznych golemów Sobocińskiego skrywa swój, mniejszy bądź większy sekret, lecz tylko sekret Maura ma głębię srebrnych szwów na wodach Wenecji i Cypru.
Gdy wchodzi - ściąga buty. Prawie zawsze. Jakby chciał czuć niepojęte, nie wiadomo przez kogo malowane szyfry - wprost na skórze. Tak pokazuje szyfry inne - tatuaże na stopach, labirynty ciemnych paproci. Okaże się, że cały jest w liściach jak cienie. Ściąga buty i długo ma w sobie tajemną pokorę świętych egipskich kotów. Mówi na krawędzi ciszy, gest każdy opiera o bezruch. Za sprawą świetnej tej ascezy widać fundamentalną potworność - jak wolno gęstnieje wściekłość, sycona słowami wszawego Jago.
Gęstnieje wściekłość zazdrości, gęstnieje aż do słowa - "Chustka". I tu, w skowycie siedmiu pozornie niewinnych liter, pęka w Maurze pokora egipskiego kota. Pot moczy ciemne paprocie karku, spokój intonacji kruszeje, stacza się na dno wrzasku inkrustowanego piachem pisków kastrata. Wszystko teraz może się zdarzyć, nic już nie da się zrobić. Dlatego wrzask szybko gaśnie. Wiercichowski wchodzi w szept monologu nad Desdemoną, śpiącą jeszcze w naszym świecie. I słychać to, co słychać w prologu seansu. Słowo - "Tak".
Pamiętna rola. Jak i cały ten "Otello". Mimo kilku niezręczności - jest teatrem cennym. Cienia w nim tanich pocieszeń, żadnych tez, śladu jasnych odpowiedzi na bolesne pytania. Tu tematem nie jest anatomia zazdrości. Tu tematem jest sedno Szekspira - gęstość tego, co nieuchronne, co musi się dokonywać wciąż od nowa. I bezradność wobec szyfrów, które migają nocami, mamiąc sensem, i pierzchają rankiem, zostawiając Wenecję, Cypr i całą resztę - z opuszczonymi rękami. Uparcie, w każdy kolejny dzień."

"Ciemne paprocie"
Paweł Głowacki
Dziennik Polski nr 84
10-04-2007

Othello wyróżniony!

Na zakończonym 8 marca 2008 X - jubileuszowym Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Reżyserskiej INTERPRETACJE w Katowicach - szekspirowski Othello w reż. Macieja Sobocińskiego został wyróżniony dwiema sakiewkami, czyli zwyczajowymi nagrodami tego Festiwalu oraz otrzymał nagrodę dziennikarzy.

Juror Mariusz Grzegorzek w ten sposób uzasadniał oddanie swego głosu na Othella: Wyróżniłem rodzaj zuchwałości zadań, które stawia przed sobą reżyser w sposób bezkompromisowy i ważny, odpowiedzialny, poszukujący. Woreczek daję za poruszenie ciemnej struny, za spektakl o ludzkiej samotności.

A Aleksandra Wróblewska z Nowej siły Krytycznej tak m.in. pisała o spektaklu: Poprzeczkę podniósł Maciej Sobociński ze swym "Othellem", dopracowanym w najmniejszym szczególe, pełnym precyzji w podejściu do tekstu, z świetnymi rolami Urszuli Grabowskiej jako Desdemony i Marcina Sianki w roli Iagona

 

 

 

Strona główna - Bilety - Repertuar - Spektakle - Kontakt - Dyrekcja - Zespół aktorski - Historia