![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
Karolina Szymczyk - Majchrzak Rozmowy nocą Reżyseria: Karolina Szymczyk - Majchrzak Występują: inspicjent i sufler: Monika Handzlik
Reżyserką a zarazem autorką, nagrodzonych na Festiwalu Sztuk Odważnych w Radomiu Główną Nagrodą Publiczności, Rozmów nocą jest Karolina Szymczyk - Majchrzak, która tak mówi o swoim tekście i reżyserii: - "Rozmowy nocą" nie są sztuką autobiograficzną, ale powstały
dzięki obserwacji dalszych i bliższych znajomych, czytaniu prasy, oglądaniu
telewizji, słowem śledzeniu dzisiejszej rzeczywistości.
Kobiety są niezależne i wydaje im się, że same wszystko mogą. Uważają,
że w naszych czasach w słowie "rodzina" nie koniecznie mieści
się słowo - "ojciec".
- Wbrew temu co może się wydawać reżyserowanie napisanej przez siebie
sztuki nie jest komfortową sytuacją. Dla mnie, pisanie jest czymś bardzo
intymnym. Nawet, jeżeli tekst mnie nie dotyczy, zawsze znajdzie się w
nim cos bardzo osobistego, co zawstydza. A na dodatek, jeżeli przychodzi
wyreżyserować go, co oznacza rozebranie go na czynniki pierwsze, trzeba
nastawić się na "grzebanie" we własnych myślach, a mówić o nich,
jakby były cudze. Niekiedy traci się wtedy należyty dystans. (Fragmenty rozmowy, której całość ukazała się w wydaniu PREMIERY)
Karolina Szymczyk W parku bez drzew "Rozmowy nocą" w reż. Karoliny Szymczyk-Majchrzak w Teatrze Bagatela w Krakowie. Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim. Gdy samotność jest na scenie ulepiona nie po to, by miotać artystowskie
oskarżenia na konkretny świat w konkretnym czasie, lecz by pokazać nieuchronność
samotności w każdym miejscu globu i bez względu na epokę - teatr brzmi
mocno tak, jak brzmiał kiedyś. Oswaja z tym, co kłuje. Nakłania do pogodzenia
się. Nie uczy plucia. Nie. Na "Królu Edypie" widz starożytny nie babrał się w doraźnych analizach rodzinnych. Na "Makbecie" kupiec elżbietański nie stoczył się na debilny poziom dumania o upadku elit chcących zarobić na sprawowaniu władzy. Na "Godocie..." księgowy paryski nie okazywał się aż tak strzeliście głupi, by analizować związki włóczęgostwa z urzędem skarbowym. Każdy po prostu przyjmował portret tego, co nieuchronne. Widz starożytny - nieuchronność losu cierpkiego. Handlarz elżbietański - nieuchronność zła. Księgowy paryski - nieuchronność bezradności czekania. Tak było wszędzie i w każdym czasie, bo teatr istotny zawsze gadał poza tanią doraźnością. "Rozmowy nocą" - okruch sceniczny, co go Karolina Szymczyk-Majchrzak napisała i wyreżyserowała - to rzecz o nieuchronności samotności. Nic wielkiego. Marysia (Ewelina Starejki) - i po lewej stronie sceny łóżko w jej doskonale pustym mieszkaniu. Marek (Jakub Bohosiewicz) - i po prawej fotel w jego nieskończenie pustym pokoju. Pomiędzy - ławka w ciemnym parku bez drzew. Tu się spotkają po raz pierwszy, tu, na dnie wielkich mas doskonale obojętnego powietrza, pod wysoką, srebrną taflą zegara na wieży, której nie widać. Tu też przyjdzie ona, gdy już pojmie, do spodu poczuje, że samotność jest nie do zdławienia. Ołówkiem muśnie balon w kolorze matowej bieli... Skąd samotność? Właśnie to, że na scenie na Sarego 7, między 19.15 a
20.45, nie ma żadnych szans na odpowiedzi nachalne, jest w seansie Szymczyk-Majchrzak
kojące najmocniej. Skąd samotność łóżka, fotela, mieszkania, pokoju, ławki,
parku i ludzi? Skąd samotność zegara? Czy to wina świata i ludzi? Jeśli
tak, to jakiego świata i ludzi których? W jakim czasie, po jakich ulicach
którego miasta snuje się ta napisana samotność? Powtórzę: kto winien?
Rzecz jasna, nie mówię, iż Szymczyk-Majchrzak pisze niczym Sofokles, Szekspir i Beckett razem wzięci. Jedno wszakże pewne. Najwyraźniej czuje dobry, duży wstręt do nachalnej doraźności teatralnej. Właśnie stąd się bierze, iż Marysia i Marek nie mają nazwisk. Stąd się bierze, iż za plecami każdego z nich - nigdy nie ma nikogo. Jedyne, co jest w pokoju Marka żywe, to kaktus. U niej - nawet tego brak. W prasie drukuje ogłoszenie. Poszukuje dawcy nasienia. Nie, nie pragnie miłości na resztę życia, ni męża, ni rodziny. Pragnie tylko za dziewięć miesięcy usłyszeć w nocy bliski, kruchy oddech, tak jak on w palcu czuje czasem kolec kaktusa. On przeczyta ogłoszenie. Dziwnie skoczy mu serce. Podniesie słuchawkę, wykręci numer. Usłyszy jej głos i długo, długo nic nie powie... Nie wiem, jak nazwać aktorstwo Starejki i Bohosiewicza. Potężny takt?
Skrajna delikatność intonacji, gestów, mimiki? Poglądowa lekcja, jak wiele
na scenie powiedzieć można wyciszeniem i inteligentną grą ledwo widocznych
i ledwo słyszalnych półtonów? Nie wiem. Jedno pewne: wypoczywałem. Było
lekko jak zawsze, gdy teatr jest teatrem, a nie publicystyczną, napastliwą
agitką albo społecznikowskim plakatem wzywającym na obywatelskie barykady.
Tak zatem: on zadzwoni, ona wysłucha. Zobaczą się przy ławce w parku
bez drzew. Później zawirują wokół siebie, przez tydzień, albo mniej, zawirują
i ruszą w strony przeciwne. Przytrafi im się jedna gwałtowność. W finale
ona wróci na ławkę. Będzie w siódmym, ósmym miesiącu. Co poczuje? Radość,
że się udało? Nie ma pewności. Nie uśmiechnie się. Pogłaszcze brzuch.
Poczuje, że głaszcze kolejną samotność? Nie ma pewności. Pęknie balon
barwy matowej bieli. Ostatnie, co zniknie w nocy, to srebrna tafla zegara
na niewidzialnej wieży. Jak w każdym świecie dowolnego czasu. "W parku bez drzew" |