Teatr Bagatela Bilety Repertuar Spektakle Adresy, telefony Dyrekcja Aktorzy Historia
Teatr Bagatela Historia

 

Karolina Szymczyk - Majchrzak

Rozmowy nocą

Reżyseria: Karolina Szymczyk - Majchrzak
Scenografia: Urszula Czernicka

Występują:
Marysia - Ewelina Starejki
Marek - Jakub Bohosiewicz

inspicjent i sufler: Monika Handzlik

zdjęcia Piotr Kubic


Reżyserką a zarazem autorką, nagrodzonych na Festiwalu Sztuk Odważnych w Radomiu Główną Nagrodą Publiczności, Rozmów nocą jest Karolina Szymczyk - Majchrzak, która tak mówi o swoim tekście i reżyserii:

- "Rozmowy nocą" nie są sztuką autobiograficzną, ale powstały dzięki obserwacji dalszych i bliższych znajomych, czytaniu prasy, oglądaniu telewizji, słowem śledzeniu dzisiejszej rzeczywistości.
Wiele moich koleżanek jest super dziewczynami. Są ładne, inteligentne, samodzielne, zaradne, ale nie mogą znaleźć nikogo bliskiego. Właściwie nie wiem z jakiego powodu? Oczywiście różni mężczyźni przewijają się przez ich życie, ale nie są odpowiednimi kandydatami na to, by cokolwiek z nimi tworzyć. Nie mówiąc już o zakładaniu rodziny, w której ma pojawić się dziecko. Często, to właśnie temat dziecka sprawia, że znikają(...)

Kobiety są niezależne i wydaje im się, że same wszystko mogą. Uważają, że w naszych czasach w słowie "rodzina" nie koniecznie mieści się słowo - "ojciec".
Ale moją ideą nie było napisanie feministycznej sztuki. Wręcz przeciwnie, takie jej odebranie jest powierzchowne. Jako autorka stoję po stronie sympatycznego, uczciwego faceta, jakim jest Marek.
Myślę sobie raczej, że to antyfeministyczna historia o samotności i strachu przed bliskością. To także opowieść o źle pojmowanym poczuciu niezależności i samowystarczalności(...)

 


- Wbrew temu co może się wydawać reżyserowanie napisanej przez siebie sztuki nie jest komfortową sytuacją. Dla mnie, pisanie jest czymś bardzo intymnym. Nawet, jeżeli tekst mnie nie dotyczy, zawsze znajdzie się w nim cos bardzo osobistego, co zawstydza. A na dodatek, jeżeli przychodzi wyreżyserować go, co oznacza rozebranie go na czynniki pierwsze, trzeba nastawić się na "grzebanie" we własnych myślach, a mówić o nich, jakby były cudze. Niekiedy traci się wtedy należyty dystans.
Natomiast praca po raz wtóry z tym samym tekstem w niedługim czasie po prapremierze należy (o dziwo!) do komfortowej sytuacji. Po pierwsze można spróbować zrobić lepiej to, co źle się zrobiło w przeszłości. A po drugie, zrobić coś zupełnie inaczej(...)

(Fragmenty rozmowy, której całość ukazała się w wydaniu PREMIERY)



Karolina Szymczyk
Laureatka głównej nagrody za najlepszy spektakl na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi - Karolina Szymczyk - jest absolwentką Wydziału Reżyserii Akademii Teatralnej w Warszawie, którą ukończyła w 2002 roku.
Nagrodą w Łodzi wyróżniono wyreżyserowane przez nią Łoże Sergi Belbela, które uhonorowano także nagrodami za najlepszy spektakl, za najlepszy zespół aktorski oraz za najbardziej elektryzującą rolę kobiecą dla Kamili Klimczak.
Obok tej nagrody, młoda reżyserka, ma na swoim koncie także Główną Nagrodę Publiczności otrzymaną na IV Tygodniu Sztuk Odważnych.
W ten sposób zostały wyróżnione napisane i wyreżyserowane przez nią Rozmowy nocą wystawione w Teatrze Powszechnym w Radomiu.
Oprócz nagrodzonych przedstawień Karolina Szymczyk - będąca także autorką scenariuszy etiud filmowych - zrealizowała przedstawienia: The Treatment (M. Crimp) w Teatrze Ludowym w Krakowie, Bez czułości (C.McIntyre), Pan Kolpert (D.Gieselman) Lament (K.Bizio), Lekcja Panna Margaridy (R.Athayade) i Ich siedmioro (P.Vogel) w Starej Prochowni w Warszawie.


W parku bez drzew

"Rozmowy nocą" w reż. Karoliny Szymczyk-Majchrzak w Teatrze Bagatela w Krakowie. Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim.

Gdy samotność jest na scenie ulepiona nie po to, by miotać artystowskie oskarżenia na konkretny świat w konkretnym czasie, lecz by pokazać nieuchronność samotności w każdym miejscu globu i bez względu na epokę - teatr brzmi mocno tak, jak brzmiał kiedyś. Oswaja z tym, co kłuje. Nakłania do pogodzenia się. Nie uczy plucia.
Czy ongiś do głowy ludziom przychodziło, by na kanwie losów Edypa sięgać po psychologię społeczną i badać minusy wychowania dzieci w rodzinach królewskich? Czy ktoś, kto szarzał oko w oko z ciemnościami Makbeta, Bogu później dziękował, że wyrósł w środowisku nie aż tak toksycznym, wręcz patologicznym, jak środowisko Makbeta i uroczej małżonki jego? Gdy w połowie XX wieku, w Paryżu, księgowy jakiś zobaczył na scenie dwóch włóczęgów, co pod uschniętym drzewem płonnie czekali na Godota, to postanowił być za podniesieniem czy za obniżeniem podatków?... Wystarczy. Mógłbym tak bity rok tytuły recytować i stawiać identycznie retoryczne pytania.

Nie. Na "Królu Edypie" widz starożytny nie babrał się w doraźnych analizach rodzinnych. Na "Makbecie" kupiec elżbietański nie stoczył się na debilny poziom dumania o upadku elit chcących zarobić na sprawowaniu władzy. Na "Godocie..." księgowy paryski nie okazywał się aż tak strzeliście głupi, by analizować związki włóczęgostwa z urzędem skarbowym. Każdy po prostu przyjmował portret tego, co nieuchronne. Widz starożytny - nieuchronność losu cierpkiego. Handlarz elżbietański - nieuchronność zła. Księgowy paryski - nieuchronność bezradności czekania. Tak było wszędzie i w każdym czasie, bo teatr istotny zawsze gadał poza tanią doraźnością.

"Rozmowy nocą" - okruch sceniczny, co go Karolina Szymczyk-Majchrzak napisała i wyreżyserowała - to rzecz o nieuchronności samotności. Nic wielkiego. Marysia (Ewelina Starejki) - i po lewej stronie sceny łóżko w jej doskonale pustym mieszkaniu. Marek (Jakub Bohosiewicz) - i po prawej fotel w jego nieskończenie pustym pokoju. Pomiędzy - ławka w ciemnym parku bez drzew. Tu się spotkają po raz pierwszy, tu, na dnie wielkich mas doskonale obojętnego powietrza, pod wysoką, srebrną taflą zegara na wieży, której nie widać. Tu też przyjdzie ona, gdy już pojmie, do spodu poczuje, że samotność jest nie do zdławienia. Ołówkiem muśnie balon w kolorze matowej bieli...

Skąd samotność? Właśnie to, że na scenie na Sarego 7, między 19.15 a 20.45, nie ma żadnych szans na odpowiedzi nachalne, jest w seansie Szymczyk-Majchrzak kojące najmocniej. Skąd samotność łóżka, fotela, mieszkania, pokoju, ławki, parku i ludzi? Skąd samotność zegara? Czy to wina świata i ludzi? Jeśli tak, to jakiego świata i ludzi których? W jakim czasie, po jakich ulicach którego miasta snuje się ta napisana samotność? Powtórzę: kto winien?
Otóż - tu nie ma konkretnego świata, ścisłego czasu i namacalnych bliźnich za murami pustego mieszkania i pustego pokoju. Tu nikt nie jest winien samotności. Nikt i nic. Ani wolny rynek, ani upadek męskości w dobie Internetu, ani wyścig szczurów, ani bezrobocie, ani narkotyki, ani bezlitosny kapitalizm, co eliminuje delikatnych, ani też żadna z miliona innych jakości, co je na co dzień mamy za oknami. Tu, na scenie, jest tylko opowieść o tym, że nic się nie da zrobić - że trzeba przyjąć samotność, gdyż nie jest ona chorobą świata, lecz częścią świata, częścią nieuchronną.

Rzecz jasna, nie mówię, iż Szymczyk-Majchrzak pisze niczym Sofokles, Szekspir i Beckett razem wzięci. Jedno wszakże pewne. Najwyraźniej czuje dobry, duży wstręt do nachalnej doraźności teatralnej. Właśnie stąd się bierze, iż Marysia i Marek nie mają nazwisk. Stąd się bierze, iż za plecami każdego z nich - nigdy nie ma nikogo. Jedyne, co jest w pokoju Marka żywe, to kaktus. U niej - nawet tego brak. W prasie drukuje ogłoszenie. Poszukuje dawcy nasienia. Nie, nie pragnie miłości na resztę życia, ni męża, ni rodziny. Pragnie tylko za dziewięć miesięcy usłyszeć w nocy bliski, kruchy oddech, tak jak on w palcu czuje czasem kolec kaktusa. On przeczyta ogłoszenie. Dziwnie skoczy mu serce. Podniesie słuchawkę, wykręci numer. Usłyszy jej głos i długo, długo nic nie powie...

Nie wiem, jak nazwać aktorstwo Starejki i Bohosiewicza. Potężny takt? Skrajna delikatność intonacji, gestów, mimiki? Poglądowa lekcja, jak wiele na scenie powiedzieć można wyciszeniem i inteligentną grą ledwo widocznych i ledwo słyszalnych półtonów? Nie wiem. Jedno pewne: wypoczywałem. Było lekko jak zawsze, gdy teatr jest teatrem, a nie publicystyczną, napastliwą agitką albo społecznikowskim plakatem wzywającym na obywatelskie barykady.
Wypocząłem patrząc, jak Starejki i Bohosiewicz, z tej, co tu kryć, zbyt prościutkiej literatury, dyskretnie lepią przypowieść o dwojgu, którzy słowo po słowie, dotyk po dotyku, milczenie po milczeniu - przyjmują, że samotności, co jest im przeznaczona, zdławić nie sposób. Trzeba się z nią oswoić. Trzeba się pogodzić, że jest. I nie wolno pluć, bo to gest żałosny - iście szczurza nędza.

Tak zatem: on zadzwoni, ona wysłucha. Zobaczą się przy ławce w parku bez drzew. Później zawirują wokół siebie, przez tydzień, albo mniej, zawirują i ruszą w strony przeciwne. Przytrafi im się jedna gwałtowność. W finale ona wróci na ławkę. Będzie w siódmym, ósmym miesiącu. Co poczuje? Radość, że się udało? Nie ma pewności. Nie uśmiechnie się. Pogłaszcze brzuch. Poczuje, że głaszcze kolejną samotność? Nie ma pewności. Pęknie balon barwy matowej bieli. Ostatnie, co zniknie w nocy, to srebrna tafla zegara na niewidzialnej wieży. Jak w każdym świecie dowolnego czasu.

"W parku bez drzew"
Paweł Głowacki, Dziennik Polski, 1 kwietnia 2006

Strona główna - Bilety - Repertuar - Spektakle - Kontakt - Dyrekcja - Zespół aktorski - Historia