|
|
|
Conor McPherson
THIS LIME TREE BOWER
Wielki dzień
przekład: Klaudyna Rozhin
Reżyseria i opracowanie muzyczne: Andrzej Majczak
Scenografia: Urszula Czernicka
FRANK Przemysław Redkowski
JOE Marcin Kobierski
RAY Jakub Bohosiewicz
Inspicjent/Sufler Joanna Jaworska
Dramaturg/Asystent Reżysera Renata Derejczyk
realizacja światła Tomasz Wentland
realizacja dźwięku Izabella Królak
Premiera 10 marca 2007
Scena w podziemiach

Jakub Bohosiewicz, Przemysław Redkowski,
Marcin Kobierski,
fot. Łukasz Woźniak

W artykule zamieszczonym w The Guardian poświęconym dramaturgii Conora
McPhersona, autorka Maddy Costa, cytuje taki fragment wypowiedzi pisarza:
"...ciąży na mnie odpowiedzialność, żeby rozbudzać uczucia publiczności,
tak, by odkryła coś nowego."
I tak oto już od 1995 roku kiedy to McPherson napisał między innymi Wielki
Dzień*1, autor z ogromnym powodzeniem i zgodnie ze swoim
sumieniem rozbudza uczucia widzów. Klimatycznymi, osadzonymi najczęściej
na irlandzkiej prowincji sztukami, zachwycili się nie tylko Europejczycy,
ale także mieszkańcy Ameryki Południowej i Japonii.
Tłumaczy, reżyserów no i przede wszystkim publiczność - urodzony w 1971
roku w Dublinie absolwent filozofii i filologii angielskiej - uwiódł prostymi
historiami napisanymi perfekcyjnie ironicznym, gorzkim językiem. Teoretycznie
zdystansowany wobec swoich, najczęściej męskich, bohaterów, McPherson
ma dla nich wiele tolerancji i szorstkiej sympatii.
*1 Wielki Dzień - tytuł przyjęty przez reżysera przedstawienia.
Tytuł pochodzący od tłumacza Moje więzienie, altana lipowa,
tytuł oryginału This Lime Tree Bower.
"...Letnie żaróweczki wciąż wisiały pomiędzy wiktoriańskimi latarniami,
ale - wyłączone teraz - kołysały się w nierównych zapętlonych zwojach
jak tandetne naszyjniki, które przy lada podmuchu silniejszego wiatru
zaczną ronić swoje poczerniałe paciorki. Sezon urlopowy dobiegał oficjalnie
końca.
Pomiędzy ulicą a roziskrzonym morzem rozciągał się plac dla dzieci, na
który broniło przystępu ogrodzenie z siatki i zamknięta na kłódkę furtka,
a obok niej zaślepiony okiennicami kiosk, cały w wyblakłych i poszarpanych
afiszach, zapowiadający letnie rozrywki i reklamujący lody o najdziwniejszych
kształtach. Huśtawki powieszone były wysoko, a jedno z siedzeń, poruszane
tężejącym wiatrem, wystukiwało o metalową konstrukcję regularne ratatata..."
P.D. James Intrygi i żądze przekład A. Ziembicki
Przewrotna historia
Rozmowa z Andrzejem Majczakiem reżyserem przedstawienia
- Niedawno w Teatrze Bagatela reżyserował Pan sztukę niemieckiego
dramaturga Rolanda Schimmelpfenniga Push up 1-3. To historia dziejącą
się w nowoczesnym biurowcu. Dzisiaj sięga Pan po zupełnie inny tekst,
irlandzkiego dramaturga Conora McPhersona. Poza tym, że oba dramaty napisane
są przez młodych autorów, w klimacie i charakterze są dalekie od siebie.
- Rzeczywiście światy bohaterów obydwu dramatów są odległe. Tam wielka
korporacja - tu smażalnia na obrzeżach miasta. Pokrewieństwo tych dwóch
tekstów, choć dalekie, jest jednak zauważalne. Zarówno Schimmelpfennig
jak i McPherson chętnie w swoich dramatach wykorzystują formę monologu.
Lubię, kiedy postaci mają szansę "wywnętrzniania się". Choć
w dramacie niemieckiego autora występowały także sceny dialogowe, to monologi
właśnie pozwalały ujawnić rewers zdarzeń, ukrytą prawdę o ambicjach i
tęsknotach bohaterów. Wielki dzień, nasze najnowsze przedstawienie konstruujemy
z tekstu rozpisanego wyłącznie na monologi trzech postaci. Intryguje mnie
ta sytuacja. Szukam klucza do konfrontowania tych wyznań, by zaczęły wchodzić
ze sobą w dialog, by współbrzmiały i tworzyły nową, wspólną zbiorową opowieść.
- Polscy reżyserzy lubią dramaturga Conora MacPhersona.
- Nic w tym dziwnego - jego teksty bardzo dobrze brzmią w polskich realiach.
Jest w nich jakaś zbieżność klimatu. Być może wiąże się to z mocno paralelną
historią Irlandii i Polski, z pokrewnym charakterem narodowym, wynikającym
z zepchnięcia na obrzeża geograficzne i kulturowe Europy, z tą naszą wspólną
prowincjonalnością i związanymi z nią kompleksami, wreszcie z upodobaniem
do snucia długich opowieści przy wtórze brzęku opróżnianego szkła.
Z realizacją dramatu McPhersona nosiłem się już od kilku lat. To nie jest
- na pierwszy rzut oka - efektowny tekst. Monologi trzech postaci pozornie
odbierają mu drapieżność lub, jak kto woli, sceniczność. Jak już mówiłem,
szukałem najlepszego sposobu na jego realizację. Skorzystałem przy tym
z doświadczeń jakie zdobyłem, reżyserując dwa teksty Schimmelpfenniga,
wspomniany Push up1-3 i Arabską noc. Z tej inspiracji wziął się pomysł
przeplecenia wzajemnego monologów. Uczynienie z nich quasi dialogów sprawia,
że aktorzy lepiej czują tekst, zaczynają bawić się nim na nowo.
- Wielki dzień to prosta historia.
- Owszem i w tym jej ogromny urok. Rzecz rozgrywa się w niewielkim nadmorskim
miasteczku. To taka nasz Ustka po sezonie. Niewiele się dzieje, a życie
toczy się tą samą koleją dzień po dniu. Na pozór żadnych tragedii, żadnych
fajerwerków. Aż nadchodzi chwila, w której zdarza się coś - pewne kryminalne
zdarzenie -, które odmienia dotychczasowe losy Joe, Franka i Raya. Nadchodzi
ich WIELKI DZIEŃ. Dzień wejścia w dorosłe życie. Dzień inicjacji. To do
tej chwili trudnych wyborów i wielkich przewartościowań, do chwili, która
wywróciła ich życie do góry nogami, wracają po dziesięciu latach w swej
opowieści. Można powiedzieć więc, że nasze przedstawienie jest opowieścią
o przekroczeniu tej dziwnej i mało uchwytnej granicy, po przejściu której
zmienia się nasz sposób patrzenia i kryteria ocen. Kiedy oczom naszym
ukazują się - zazwyczaj boleśnie, rzadko jako cudowne olśnienie - ukryte
do tej pory ciemne strony życia.
Owo uniwersalne przesłanie dramatu McPhersona jest jego prawdziwą wartością.
I nie ma większego znaczenia, że, jak na teksty współczesne, nie należy
do najświeższych - powstał w 1995 roku. Ciekawe, że do dzisiaj nikt u
nas nie pokusił się o jego realizację. A przecież, choć z pozoru tak mało
sceniczny, napisany jest doskonałym językiem.
- Wielki dzień mówi jeszcze o jednej ciekawej rzeczy. A mianowicie
w przeciwieństwie do ogólnie przyjętych zasad moralnych, popełnione przestępstwo,
nie zostaje tu w żaden sposób potępione. Co więcej, w efekcie przynosi
wyłącznie korzyści.
- Tak. To bardzo przewrotna historia. W spór wchodzą tu dwie kardynalne
zasady: odpowiedzialność za przekroczenie prawa z elementarnym poczuciem
sprawiedliwości. Widz sam musi rozstrzygnąć, czy w szczególnych okolicznościach
wyraża zgodę na to, by przestępca uniknął swej kary. Czy jest w stanie
zgodzić się na iście makiaweliczną myśl, że czasem bycie niemoralnym przynosi
więcej pożytku niż cnotliwe życie. O jednoznaczną odpowiedź tym bardziej
trudno, że MacPherson lubi swoich bohaterów. Chce on, chcemy i my, realizatorzy,
by, przy wszystkich ich wadach, i widzowie zapałali do nich - szorstką
być może - ale jednak szczerą sympatią.
Rozmawiała Magdalena Furdyna
Miasto monologów
"Wielki dzień" w reż. Andrzeja Majczaka na Scenie w Podziemiach
Teatru Bagatela w Krakowie. Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim.
W "Wielkim dniu" Conora McPhersona jest jak w Krakowie, gdzie
w końcówkach małych dni słowa leją się nad wódką wszystkich barów miasta.
Porażająca delta. Zmierzch w zmierzch brzdęk odstawianych szkieł miesza
się z nadmiarem zdań nieogarnionych jak mrówki w kopcu. Zmierzch w zmierzch
miasto jest tysiącgłowym monologiem. Nikt nie słucha, bo sam gada, choć
nikt go nie słucha. Każdy gada, bo może ktoś usłyszy, wygadując swoje.
Może zapętlą się monologi.
Spokojnie, zapętlą się. Spokojnie, zaraz poznasz monologistę, do którego
się przysiadłeś. To tylko kwestia ilości brzdęków szkła. Są monologiści,
którym starczają brzdęknięcia trzy, inni potrzebują pięciu. Zdarzają się
i maratończycy brzdęknięć, lecz w istocie nieważne, po ilu głębszych gadania
się zapętlają - grunt, że się zapętlają. Jak w "Wielkim dniu".
Jeśli dobrze się domyślam, u McPhersona jest knajpa gdzieś na obrzeżach
kurortu po sezonie i trzech facetów w knajpie. Trzy pary ust nad gorzałą
o zmierzchu. Trzy monologi, trzy osobne opowieści z przeszłości, które
wolno - słowo po słowie, łyk po łyku, cisza po ciszy - nicują się wzajem,
zlepiają, by stać się jednością, monologiem trójgłowym, bajaniem krążącym
wokół jednego sedna.
Nie ma krystalicznych jasności. Suną niedomówienia, fakty są podane tak
szybko, że pierzchają. Narasta wahanie w mózgu słuchającego. Czy Frank
(Przemysław Redkowski) był kiedyś początkującym barmanem? Chyba. Kto wie,
może w tej samej dziupli, w której teraz we trzech się kolebią nad pocieszycielką
żółtą bądź przeźroczystą? A Ray (Jakub Bohosiewicz)? Kiedyś był początkującym
profesorem. To prawie pewne, ale co dziś? Czy
dziś - jak wtedy, po lekcjach oficjalnych - dalej lubi uczennice wprowadzać
w arkana nocnych sztuk pokątnych. Wreszcie Joe (Marcin Kobierski). Kiedyś
uczeń. Owszem, dziś wciąż coś pamięta z tamtych dni, kiedy kumpel odkrywał
przed nim pieprzne czeluści nadmiaru piwa i szybkiego seksu. Tak, lecz
czy to w istocie pamięć jasna, czy tylko rojenia?
Kiedyś więc... Dawno, albo wcale nie... Każdy w swym młodym życiu utopiony...
I jakiś wieczór... Albo może noc... Spotkali się w barze przypadkiem?...
Chyba tak, zapętlili się... Chyba w tym samym barze, w którym teraz snują
wzajem nicujące się monologi... I wtedy była jakaś dziewczyna wyjątkowa...
Jakaś gorzała wielka niczym ocean?... Oj, tak... I co?... Coś z tą dziewczyną
się stało... Coś bardzo niedobrego... Pamiętasz?... A ty?... A ty?...
I policja nad ranem?... Tak, policja nad ranem patrzyła w skacowane oczy...
Monologi lepione ze strzępów trzech pamięci dziergają jeden kilim, pełen
białych plam. Tak sprawy się mają o zmierzchu w napisanym barze McPhersona
- prześwietlają się wzajem trzy przeszłości, co ongiś się musnęły. Reżyser
Andrzej Majczak odrzuca bar. Wieczór potrójnej konfesji przenosi do fotograficznego
atelier - i tak wzmacnia metaforę prześwietlenia. Bo przed obiektywem
nie skryje się żadna ciemność twarzy. Na kliszy na wierzch wylezie każde
skrzywienie nosa, nawet milimetrowa niesymetryczność brwi, a byle pieprzyk
urasta do potęgi króla Piasta. W scenicznym atelier Majczaka monologi
trzech panów nad gorzałami są niczym obiektywy demaskujące wszelkie czernie
serc, brudy mózgów, garby czucia. Na początku wszystko jeszcze jest pastelowo,
wciąż jeszcze lekko im się gada o przeszłości. Redkowski - niby wciąż
tamten spłoszony, grzeczny smyk. Kobierski - mężczyzna, co się z politowaniem
przygląda starym swym pochopnościom erotycznym, na długich przerwach między
"matmą" a "biologią" ucieleśnianym w bocznych korytarzach.
Bohosiewicz - lubieżna radość dżentelmena, wspominającego smaki dawnych
korepetycji nocnych. Tak, jeszcze są uśmiechnięci, jeszcze mówią pełnymi
zdaniami. Ale za chwilę urwie się jasność. Nastanie czas opuszczania oczu.
Między coraz krótsze, coraz mocniej kulejące zdania wciskać się zaczną
coraz potężniejsze masy ciszy kłopotliwej. Gdy reflektory zmienią kąt
oświetlenia białej materii, wiszącej za plecami monologujących, ukaże
się sina jama piwnic pod teatrem Bagatela. Przypomni się gorycz ulic opuszczonych
miast na obrazach de Chirico. I wtedy Frank, Joe i Ray zyskają ostateczne
dopełnienie - zapętlone monologi okażą się figurami trzech samotności.
Właśnie to, taki punkt dojścia - samotność na dnie słów nieudolnie wskrzeszających
dziurawą przeszłość - zdaje się być sednem dobrej, dobrze granej opowieści
Majczaka. Nie kolejny, naleśnikowo płaski socjologiczny portrecik trudnego
wchodzenia w dorosłość, ale samotność nie do zdławienia. Jakaś dziewczyna?...
Jakaś policja?... Jakaś tragedia?... Co dalej - lęk bez końca?... Lęk
niepocieszonych ust gadających na wysokim krześle w "Dymie",
lęk umordowanych ust nad blatem w świętym "Zwisie", lęk znudzonych
ust w cieniach "Wódki", lęk przegranych ust przy chwiejnym stoliku
w "Alchemii", lęk każdych ust, co się w drodze do domu zatrzymały
przy najbliższym kieliszku, w pierwszej z brzegu norze ulgi. Odwieczny
lęk tych, co nie wiedzą, jak dalej iść. Jakaś dziewczyna?... Śmierć?...
Jak dalej iść, skoro nad starym trupem pamięć przełazi dziś tak lekko,
że prawie tanecznie? O to w podtekście finałowych zdań pytają ludzie u
Majczaka. Za plecami mają podobiznę pustych ulic miasta monologów, które
nie ocalą.
"Miasto monologów"
Paweł Głowacki
Dziennik Polski nr 60/12.03.07
Kocham cię jak Irlandię
"Wielki dzień" w reż. Andrzeja Majczaka w Teatrze Bagatela
w Krakowie. Pisze Łukasz Maciejewski w Dzienniku.
"Wielki dzień" Conora McPhersona to opowieść o fajnych chłopcach
zaplatanych w niefajne życie. Krakowski spektakl w Bagateli w reżyserii
Andrzeja Majczaka nawet nie próbuje być fajny. A szkoda.
Dobrze jest być Conorem McPhersonem. Jest młody (rocznik 1971), przystojny
i utalentowany. W Polsce kochamy go jak Irlandię. Conor McPherson ma swój
temat i własną - polegającą na nieustannym operowaniu aktorskim monologiem
- metodę. Każda jego sztuka to w gruncie rzeczy ta sama "spowiedź
dziecięcia wieku". Różny jest wprawdzie wiek i odmienna czasowa cezura.
Bohaterowie sztuk McPhersona to faceci, przede wszystkim faceci, ze skazą.
Albo skażeni. Urodzili się byle gdzie, w podłej irlandzkiej dziurze, w
ichnim Otwocku albo Kłaju. Nieważne, czy mają 20, czy 60 lat - zawsze
z tą samą zachłannością rozmieniają życie na drobne. Tankują w barze i
mówią, że "to zła kobieta była" (a wszystkie są z reguły złe),
i jak tylko mogą, za wszelką cenę chcą ukryć twarz wrażliwca, który wciąż
w nich siedzi, i który kiedyś bardzo tęsknił za tym, żeby jego życie było
trochę mniej parszywe, a pianka z piwa Guinness była pianką sukcesów z
Księgi rekordów Guinnessa.
Lubimy bohaterów McPhersona, bo są nam bliscy. Nie mają problemów z tożsamością,
gardzą polityką, nie czytają Prousta. Za to kochają się w Michelle Pfeiffer
(nazwisko aktorki to także tytuł jednej z pierwszych sztuk McPhersona).
Natychmiast lubimy także całą trójkę z "Wielkiego dnia" - Raya,
Joego i Franka, chociaż każdy z nich niejeden grzech ma na sumieniu. W
przedstawieniu Majczaka trzy wielkie monologi trojga bohaterów nieustannie
się filtrują. Trzy historie się zazębiają i walczą o pierwszeństwo - która
jest ważniejsza, która ciekawsza - w końcu wszystkie wygrywają. Mała nadmorska
mieścina. Odnosi się wrażenie, że tam zawsze jest po sezonie. Nic się
nie dzieje. Nikt nie przyjeżdża, nikt nie wyjeżdża. Bezwładne status quo.
Nauczyciel akademicki Ray (ironiczny Jakub Bohosiewicz) jest prowincjonalnym
lowelasem. Rwie studentki, czasami na imprezie albo na konferencji puści
pawia, no i pisze książkę, której nikt nie przeczyta Naukową... Ray ma
liczne romanse, ale jedną stałą narzeczoną, siostrę Joego i Franka. Joe
(ujmujący Marcin Kobierski) to jeszcze dzieciak. Coś słyszał już o dziewczynach,
ale jakoś nie ma do nich śmiałości. Kiedy jednak do jego klasy trafi repetent
i leser Damien, Joe nabierze śmiałości. Do życia, bo z dziewczynami ciągle
będzie raczej kiepsko. Brat Joego Frank (Przemysław Redkowski) po śmierci
ich mamy wspólnie z ojcem przejął obowiązki głowy rodziny. Od rana do
nocy haruje w smażalni ryb. Patroszy dorsze, przynosi czerwony sos (czyli
keczup). Mógłby tak do końca świata, do końca życia, ale pewnego dnia
przyjdzie mu do głowy jeden bardzo głupi pomysł, który zrealizuje. Ale
głupi podobno zawsze mają szczęście. "Wielki dzień" miał być
dla całej trójki wielką klapą. Głupim szczeniackim wybrykiem, za który
trzeba będzie zapłacić wysoką cenę. W znakomitej sztuce McPhersona cena
ta nie jest jednak specjalnie wyśrubowana. Niewiele się bowiem po tym
wydarzeniu zmieniło. Jeden wystrzał pistoletu to za mato. Ray i tak napisał
swoją książkę i znowu głupio się uśmiecha, Joe przestał przyjaźnić się
z Damienem i częściej rozmawia z ojcem, i tylko Frank wyjechał na zawsze.
Inaczej teraz wygląda. Ma inne powołanie. A smażalnia? Tam pewnie jak
zawsze: śledzie, dorsze, czerwony sos. Wszystkie wielkie dni wyglądają
jak małe. Trudno je rozróżnić. Sztuki Conora McPhersona kojarzą się w
Polsce przede wszystkim z Krzysztofem Majchrzakiem, który był ojcem największych
sukcesów McPhersona na naszych scenach ("Tama","Dublińska
kolęda" i "Światła miasta" w warszawskim Studio). W Bagateli
kogoś takiego jak Majchrzak zabrakło. Zabrakło brutalności, przenikliwości,
pazura. Aktorzy snują swoje opowieści, muzyka plumka w tle, scenografia
to przede wszystkim wielka biała szmata, która po kilku spektaklach może
już szczęśliwie nie będzie taka trupio blada. Są jeszcze intrygujące koncepty
inscenizatorskie w rodzaju założenia przez Raya ni stąd, ni zowąd seksownej
fioletowej peruczki. Mimo wszystko "Wielki dzień" Majczaka to
przyzwoite, kameralne, letnie przedstawienie na powitanie wiosny. Zawsze
mogło być gorzej.
"Kocham cię jak Irlandię"
Łukasz Maciejewski
Dziennik nr 64
|
|